(…) W tym zdaniu warto przyjrzeć się szczególnie militarnym terminom „walka” i „żołnierz”. To, oczywiście, nic nowego, cała Biblia pełna jest militarnych skojarzeń mówiących o walce z szatanem czy ludzkimi słabościami. Terminologia militarna pasuje do naszej męskiej natury, konieczne byłoby więc wprowadzenie do kapłańskiej duchowości etosu walki. Kiedyś jeden z mężczyzn powiedział mi, że ma dość, gdy młody wikariusz w czasie kazania wciąż powtarza: „Przytul się do Jezusa”.

Ten uczestnik naszych męskich rekolekcji – młody przedsiębiorca, ojciec trzech synów – powiedział mi: „Proszę Księdza, ja nie chcę się przytulać do żadnego Jezusa. Ja chcę się zbawić, nawet jeśli trzeba byłoby o to walczyć!”.

 

A zatem walka jest mostem między pokusą a świętością. Skoro to takie proste, to dlaczego, idąc przez życie, nieustannie mijamy poszarpane losy tych, którzy przecież też o tym wiedzieli? Może jednak nosimy w sobie jakieś – z pozoru ewangeliczne – usprawiedliwienie: przecież my – księża – walczymy! Walczymy o dusze innych! Jeśli jednak spojrzymy na różnych – dziś powiedzielibyśmy – ewangelizatorów, założycieli zakonów, wspólnot, ruchów, to tak naprawdę zakładanie tych dzieł nie było ich priorytetem, a czasami nawet wcale nie było ich zamiarem. Oni po prostu byli wojownikami o własne i w pewnym sensie tylko własne zbawienie, jednak potem zaczęli do nich dołączać inni, którzy przyjęli ich „metodę” jako własną, ale to działo się niejako „samo”, w sposób przez nich niezaplanowany: zaczęły powstawać wspólnoty ożywione duchem założyciela, który w pierwszej kolejności walczył o siebie, a nie o innych. Inni zapalali się ogniem, którym płonął Założyciel zakonu, a płonął ogniem walki, w którym wytapiała się jego świętość. (…)

 

Pastores poleca