Dzięki pewnemu podstępowi naszego proboszcza zacząłem ponownie, po kilku latach przerwy, służyć do Mszy. No i spodobało mi się. Po krótkim czasie zdobyłem jego zaufanie na tyle, że mogłem brać klucze i codziennie rano otwierać kościół. Oczywiście, oprócz siedzenia na szczycie kościelnej wieży, z której roztaczał się wspaniały widok na polską i białoruską część puszczy, mogłem pofolgować własnej ciekawości, zaglądając właściwie wszędzie.
Zakrystia pełna była nieużywanych starych ornatów, alb, kap i innych utensyliów, których przeznaczenia nie znałem. Proboszcz używał tylko kilku współczesnych ornatów i alb wykonanych ze sztucznych tkanin, których w żaden sposób nie można było określić jako ładne ani porównywać z „przedsoborowymi” pod względem estetyki czy jakości wykonania. Największe wrażenie robiły jednak na mnie pięknie okute, stare mszały stojące w szafce za rzędem nowych lekcjonarzy. Piękna oprawa, misternie wykonane ryciny i łaciński tekst pobudzały moją wyobraźnię. Wypisywałem sobie niektóre modlitwy na kartkach i uczyłem się ich na pamięć.
W tym czasie dojrzewało we mnie powołanie kapłańskie i zacząłem sobie stawiać pierwsze pytania o liturgię – pytania, na które wówczas nikt nie potrafił mi udzielić odpowiedzi, a ja jeszcze nie wiedziałem, do kogo należało się zwrócić. Proboszcz zbywał mnie, mówiąc: „Wiesz, kiedyś wszystko było inaczej. Ksiądz stał tyłem i wszystko było po łacinie”. Na moje szczere słowa: „A dlaczego to wszystko zmieniono?” nie potrafił składnie odpowiedzieć. Zacząłem więc na własną rękę poszukiwać śladów „dawnego świata”, a było ich całkiem sporo.
Pierwszy raz zobaczyłem liturgiczny „inny świat”, kiedy byłem w … (…)
KS. GRZEGORZ ŚNIADOCH IBP, Olsztyn
Więcej przeczytasz w najnowszym numerze kwartalnika PASTORES 108 (3) 2025.

