11 sierpnia 1973 roku jako prezbiter diecezji płockiej z 10-letnim stażem wikariuszowskim przyleciałem do USA z czasowym amerykańskim paszportem i podobnym turystycznym polskim, aby w dawnym kraju mojego ojca spróbować odnaleźć się w służbie na chwałę Panu. Trzyletnie zwolnienie z rodzimej diecezji polskiej z przekierowaniem do pracy duszpasterskiej za oceanem przerodziło się w 30-letni kościelnie legalny pobyt w USA.
Po przedstawieniu odpowiednich dokumentów w kurii biskupiej w Trenton i za zgodą proboszcza parafii św. Stanisława Kostki w Sayreville w stanie New Jersey już we wrześniu 1973 roku zostałem mianowany wikariuszem tejże parafii. Okres mojego pobytu w Stanach zawiera wiele ciekawych wątków, ale jeden z nich jest szczególnie interesujący.
Otóż pod koniec września 1992 roku po powrocie z urlopu w Polsce do Fort Dix w USA, które stało się prawie moim drugim domem, zastałem wiadomość, że mam się stawić w Filadelfii już 15 października, w celu dalszego zaangażowania jako kapelan wojskowy w U.S. Navy. Byłem nim właściwie od 1982 roku z ramienia diecezji Trenton. Uświadomiłem sobie, że mam na to nieco ponad dwa tygodnie. Dlaczego jednak w Filadelfii, a nie w Waszyngtonie, gdzie zwykle o tym ze mną rozmawiano? Zacząłem się tak po ludzku martwić o nieprzedłużenie kontraktu... Moje myślenie przerwało pukanie do drzwi, w których zobaczyłem uśmiechniętą twarz mojego adiutanta, Thomasa. Był marynarzem biegłym w sprawach kościelnych, ponieważ zaliczył dwa lata seminarium duchownego w Nowym Jorku. Był moją prawą ręką; robił wszystko, począwszy od pomocy w ramach naszej pracy kapelańskiej aż do wzbudzania mego dobrego humoru. Lubiłem go bardzo, dlatego przywitaliśmy się wylewnie. „Father George, wzywają was do Filadelfii!”. „Ale dlaczego tam?” Zapadło milczenie przerwane propozycją udania się do mesy oficerskiej na „co nieco” w celu pokrzepienia ciała i ducha.
Nadszedł 15 października 1992 roku. Pojechaliśmy razem, bo okazało się, że on… (…)
Więcej przeczytasz w najnowszym numerze kwartalnika PASTORES 107 (2) 2025.

