(...) Moja przygoda z Węgrami zaczęła się przed „dominikańskim życiem”, kiedy pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku, w ramach wymiany studenckiej przyjechałem do Békéscsaba, miasta w południowo-wschodniej części kraju, aby przez miesiąc pracować w zakładzie konserw GLOBUS. Z tego wyjazdu zostało mi kilka szczegółów: codziennie surowa papryka do obiadu, śniadania i kolacji (zmieniały się tylko kolory papryki i przyznam, że do dzisiaj nie przepadam za nią), kościół w niedzielę (nie wiem, jakiego rytu), do którego paradowaliśmy w pięknych koszulkach z napisem KISZ i którymi zwracaliśmy na siebie uwagę. Po latach dowiedziałem się, że tak reklamowalismy komunistyczny związek młodzieży. Gorąco, arbuzy i słoneczniki na polach, mili ludzie – tyle pozostało mi w pamięci. Oczywiście nie przypuszczałem, że za kilka lat to tutaj będą moje „krańce świata”, na które mnie Bóg pośle.
Moje początki w zakonie to upadek muru berlińskiego i zmiana systemu w krajach tak zwanej demokracji ludowej. Po latach systematycznego prześladowania i niszczenia Kościoła można było na nowo budować wspólnoty, zamieszkać w klasztorach, włożyć habit zakonny... Dominikanów i inne zakony na Węgrzech zlikwidowano w 1950 roku jedną decyzją władzy komunistycznej. Klasztory zamknięto albo przekazano różnym instytucjom. Braci wyrzucono i zakazano im chodzić w habicie. Wielu musiało podjąć pracę fizyczną, bo zakazano im również podejmowania pracy apostolskiej i duszpasterskiej; na przykład były prowincjał pracował jako magazynier w Bibliotece Narodowej. Niektórych represjonowano i zamykano w więzieniach; o. Józef, którego spotkałem potem na Węgrzech, spędził w więzieniu 17 lat.
„Namówiony” więc przez Pana Boga, choć trochę to trwało, zanim rozpoznałem, czego On oczekuje ode mnie i dlaczego akurat Węgry, zachęcony przez Prowincjała i moich braci, przyjechałem tu, aby pomóc dominikanom węgierskim odnaleźć się w nowej rzeczywistości, zakładać klasztory, budować życie wspólnotowe i razem prowadzić duszpasterstwo.
Początek był trudny. Przede wszystkim język. Piękny i melodyjny, ale dla nas, Polaków, nie z tego świata. Bez wspólnych korzeni z innymi językami europejskimi, kilkanaście przypadków gramatycznych, 14 samogłosek... Podobno Jan Paweł II w czasie swojej wizyty powiedział, że jeśli ktoś nauczy się języka węgierskiego, to już jedną nogą jest w niebie... (...)
ANDRZEJ OP
Więcej przeczytasz w najnowszym numerze kwartalnika PASTORES 112 (3) 2026.


