Ziarno powołania do pracy misyjnej zostało zasiane w moim sercu dawno temu. Od dzieciństwa z upodobaniem czytałam listy misjonarzy drukowane w kalendarzach, a każde spotkanie z moją ciocią, która była misjonarką w Indiach, działało jak podlewanie tego zasiewu. Przez wiele lat było to jednak głęboko ukryte: szkoła, studia, mnóstwo aktywności, praca zawodowa – a w sercu ciągle brzmiało pytanie: czego właściwie Pan ode mnie chce?
Gdy wstąpiłam do Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, wszystkie pragnienia oddałam Panu Bogu z ufnością, że On wreszcie odpowie na moje pytanie o Jego wolę poprzez decyzje przełożonych. Bardzo się ucieszyłam, gdy dowiedziałam się, że mam pojechać do Rwandy – traktowałam to jak zaproszenie do pełnej niespodzianek przygody. Słyszałam, że to „Kraj Tysiąca Wzgórz”, że ludzie są tam niezwykle życzliwi, a przyroda zapiera dech w piersiach.
Wszystko to okazało się prawdą, ale prawdziwym cudem są tu nasi uczniowie – niewidome dzieci. One patrzą zupełnie inaczej – widzą sercem. Mają niezwykłą wrażliwość na dotyk, tembr głosu, po prostu na obecność. To właśnie one od pierwszego dnia stały się dla mnie najwierniejszymi świadkami nadziei. W świecie, który często spisuje je na straty, one żyją pełnią życia: śmieją się, tańczą, śpiewają, grają w piłkę i z niesamowitą ufnością chłoną każdy dzień. Pokazują mi, że nadzieja to nie tanio kupiony optymizm, ale głębokie, wewnętrzne przekonanie, że niezależnie od otaczających nas ciemności na zawsze jesteśmy w rękach kochającego Ojca.
Większość z nas wyobraża sobie misjonarkę jako osobę, która bezustannie przemierza afrykańskie wioski z Biblią w ręku lub rozdaje posiłki głodującym. To piękny obraz, ale moja misyjna rzeczywistość jest... (...)

S. JADWIGA


Więcej przeczytasz w najnowszym numerze kwartalnika PASTORES 112 (3) 2026.

Pastores poleca