Na początku życia zakonnego było we mnie dużo buntu, niezgody na wiele aspektów formacji, na zasady, które nie rezonowały z moim duchem. Tak wiele chciałam zatrzymać dla siebie...
Często zadawałam sobie pytanie, dlaczego trwam i jestem posłuszna, mimo takiej niejasności i buntu. W postulacie zdecydowałam postawić wszystko na jedną kartę i żyć bez strachu. Mocno mi to uświadomiło, że potrzeby przynależności do wspólnoty nie chcę zamieniać na utratę autentyczności i wolności.
Nigdy nie byłam konformistką. Wewnętrzna prawda i akceptacja od samego początku stanowiły dla mnie wartość. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że tak naprawdę niewiele jeszcze siebie znałam. Prawdy o swoim człowieczeństwie uczę się przez całe życie.
Tuż po pierwszych ślubach dostałam posłanie misyjne, najpierw do Rzymu, a po nauce języka angielskiego w Irlandii – na Filipiny. Początki były bardzo trudne: zderzenie kultur, mentalności, nawet sposobu wierzenia. Wobec tego, co znałam z Polski jako „jedyną prawdę”, tu wszystko wydawało mi się na opak. Przez długie lata czułam, że żyję pomiędzy prawdą, która kształtowała mnie w Polsce, a tą, której natarczywie zaczynałam doświadczać na Filipinach. (...)
S. EWA LIDIA SSpS
Więcej przeczytasz w najnowszym numerze kwartalnika PASTORES 111 (2) 2026


