Nie tak dawno papież Franciszek mówił, że „Bliski Wschód bez chrześcijan jest nie do pomyślenia”. W papieskim sformułowaniu mamy zapis stanu faktycznego czy raczej oczekiwanie, pragnienie zmiany?
Jest w tych słowach przede wszystkim wielkie ostrzeżenie dla całego świata. Bliski Wschód to przecież kolebka chrześcijaństwa. Tam chrześcijaństwo narodziło się i dojrzewało, by potem wydać piękne i niezliczone owoce w całym świecie. To z Bliskiego Wschodu Ewangelia rozlała się na całą ziemię. Kiedy spoglądamy dziś na Ziemię Świętą, na Jordanię czy inne pobliskie kraje, uświadamiamy sobie, że nasza chrześcijańska duchowość jest zakorzeniona właśnie w tym regionie. To o tych okolicach opowiada Biblia; to tam znajdują się miejsca, z których wszyscy duchowo wyrastamy. Bliski Wschód to kolebka, z której wyrosła nasza wiara, dlatego jest czymś nieprawdopodobnym mówić o tym regionie świata bez odniesienia do chrześcijaństwa. Samo myślenie o tym, że na Bliskim Wschodzie nie byłoby chrześcijan, jest absurdalne. Ono jednak się pojawia, wynika z chorych kalkulacji politycznych, niemających nic wspólnego z historią.

Jakich, czyich kalkulacji?
W czasie mojej pracy na rzecz Bliskiego Wschodu spotykałem się z wieloma politykami, nierzadko bardzo wysokiego szczebla, którzy sugerowali, że chrześcijanie powinni opuścić te tereny, skoro są tam źle traktowani. „Możemy przecież wszystkich tych chrześcijan przyjąć w Niemczech czy Francji” – mówili. Faktem jest, że jakieś 10 lat temu pojawiła się tendencja, by podzielić tereny Bliskiego Wschodu według klucza religijnego: niech muzułmanie mieszkają ze sobą, a chrześcijanie przeniosą się na tereny współcześnie chrześcijańskie. Także wewnątrz islamu – tak rozumowano – powinno się wprowadzić podział na państwa sunnickie i szyickie. Iście diabelski pomysł. Prawda jest taka, że Bliski Wschód bez chrześcijan stałby się już zupełnie polem bitewnym różnych grup politycznych i religijnych. Nawet sami muzułmanie niekiedy mówią, że nie wyobrażają sobie tego regionu bez chrześcijan.

Dlaczego Kościół na Bliskim Wschodzie jest potrzebny? Jaką rolę ma obecnie do spełnienia?
Rola chrześcijaństwa na Bliskim Wschodzie jest nie do przecenienia. I to nie tylko w aspekcie historycznym, ale obecnym i przyszłościowym. Po pierwsze, chrześcijanie odgrywają tu ogromną rolę w życiu społecznym, a po wtóre – przechowują niezwykłe skarby najdawniejszych tradycji teologicznych, liturgicznych i duchowych. Dlatego paternalistyczne podejście wielu wpływowych osób, które chciałyby na przykład deportacji chrześcijan z Bliskiego Wschodu, rozmija się z faktami i zdradza butny europocentryzm. To nieprawda, że tylko my, ludzie Zachodu, wiemy, jak uporządkować Bliski Wschód. To Bliski Wschód sam najlepiej rozumie siebie. Warto pamiętać, jak skończyło się tego rodzaju podejście w 2003 roku w Iraku. Inwazja na ten kraj doprowadziła do totalnego upadku państwa, do wewnętrznego skłócenia i zmilitaryzowania kraju. Podobnie było z Libią. Świat malował w najczarniejszych barwach obraz Kadafiego jako krzewiciela fundamentalizmu i terroryzmu. A co mamy dzisiaj, po ingerencji wielkich tego świata? Libia będzie potrzebowała 20-30 lat, by wrócić do statusu, jaki miała za czasów Kadafiego. To jasne, że nie można zgodzić się z polityką, jaką prowadził Kadafi, ale czy możemy powiedzieć, że inwazja na Libię przyniosła jakieś dobre skutki? Ktoś tu powinien uderzyć się w piersi za decyzje, które zdestabilizowały na długo ten kraj. To z tego powodu Libia stała się terenem wielkiego przemytu migracyjnego z terenów Afryki. Tu działają mafie migracyjne, budujące swoje gigantyczne bogactwo na nieszczęściu ludzi. To dlatego obecność chrześcijan w tym regionie jest absolutnie strategiczna, o czym można przekonać się, analizując sytuację w poszczególnych państwach.

Czy mógłbym prosić o przykłady?
Najkrócej rzecz ujmując, chrześcijaństwo wprowadziło i rozwija na Bliskim Wschodzie wartości, które są tu bardzo potrzebne. Chodzi tu między innymi o powszechną edukację. Przykład: w Libanie, ponadczteromilionowym kraju, w szkołach katolickich kształci się 800 tysięcy dzieci. Liczba edukowanych dzieci jest więc bardzo wysoka, a zajmują się tym właśnie chrześcijanie. Katolickie szkoły to nie tylko edukacja, sama w sobie bardzo ważna, ale także przekazywanie młodym wartości, wskazywanie kierunku pokojowego budowania życia społecznego. Jest to szczególnie istotne w społeczeństwie wielowarstwowym, zróżnicowanym narodowo, kulturowo i religijnie. W tym skorumpowanym tyglu społeczeństw Bliskiego Wschodu moralność chrześcijańska z jasnym promowaniem postawy uczciwości odgrywa zbawienną, naprawczą rolę.

Bliski Wschód to kraje tragicznie naznaczone wojnami, terroryzmem, jak Irak i Syria. Ale to też niewyobrażalnie ciężko doświadczany od wielu lat Liban, o którym Ksiądz wspomniał. Tak wiele osób wiązało nadzieję na stabilizację i względny pokój właśnie w Libanie.
Choć każdy z tych krajów doświadczany jest inaczej, przy całym mocno skomplikowanym splocie wpływów politycznych, etnicznych, religijnych, to chrześcijanie wnoszą jakąś nadzieję na pokój. Bardzo wyraźnie widać to zwłaszcza w Libanie, gdzie bez obecności chrześcijan prawdopodobnie nie byłoby pokoju. 15-letnia wojna pomiędzy różnymi ugrupowaniami w tym kraju spowodowała totalne spustoszenie. To właśnie chrześcijanie odegrali w Libanie zasadniczą rolę w odbudowie i pojednaniu społecznym. Cały czas wielu libańskich chrześcijan spełnia tam funkcję niejako źródła pewnego społecznego spokoju. Podobnie jest z Syrią, którą także trudno wyobrazić sobie bez chrześcijan. Syria to przecież kraj chrześcijański od samego początku. O dotarciu Dobrej Nowiny na tereny syryjskie czytamy już w Dziejach Apostolskich. Zaraz po zesłaniu Ducha Świętego Ewangelia trafiła do Syrii, tam też pierwszy raz nazwano uczniów Jezusa chrześcijanami. Co więcej, również dla historii politycznej Europy jest to miejsce kluczowe, bo stąd wywodzili się cesarze. To w Syrii dojrzewała głęboka duchowość i teologia chrześcijańska. Przekładało się to także na działalność misyjną – to stąd wyruszały pierwsze wyprawy ewangelizacyjne w kierunku Chin. Syryjskie chrześcijaństwo to nieprawdopodobne bogactwo, z którego możemy czerpać po dziś dzień. Nie pozwólmy, żeby spojrzenie na Bliski Wschód z perspektywy politycznej zasłoniło nam chrześcijański aspekt tożsamości tych ziem.

Czy w obecnej sytuacji można spodziewać się wsparcia dla prześladowanych chrześcijan ze strony rządów, a także instytucji europejskich czy światowych?
Z przykrością muszę stwierdzić, że mam w tym względzie obawy. Prześladowania chrześcijan nasilają się nie tylko na Bliskim Wschodzie, ale właściwie na całym świecie, choć mają, oczywiście, różne formy. Nie widać, aby wielkie instytucje ubolewały nad tym, planowały jakieś działania, by to zatrzymać. Nie chodzi o faworyzowanie chrześcijan, ale po prostu o przestrzeganie fundamentalnego prawa człowieka do wolności religijnej. Badania pokazują, że 2/3 ludzkości żyje w krajach, gdzie taka wolność jest ograniczana. Mowa zatem o pięciu miliardach ludzi. W większości przypadków są to chrześcijanie, a ich liczba rośnie z dnia na dzień. Dotyczy to również Europy Zachodniej, choć tu, oczywiście, nie mówimy o krwawych prześladowaniach. Istnieje jednak tendencja, by sprawy wiary rugować z przestrzeni publicznej, co najbardziej dotyka ograniczania wolności słowa i wolności religijnej. W niektórych krajach zakazuje się chrześcijanom publicznego manifestowania swoich poglądów, co przecież powinno być podstawowym prawem każdego obywatela. Tego typu prawne ograniczenia papież Franciszek nazywa cichym prześladowaniem chrześcijan. To pełzające prześladowanie nie jest może spektakularne, ale zupełnie realne, dlatego przynosi ogromne szkody. Jeśli biskupi w niektórych krajach nie mogą wypowiadać się przeciw aborcji, to znaczy, że odbiera im się prawo do publicznego głoszenia Dobrej Nowiny.
Najbardziej wzrost prześladowań chrześcijan widać w Afryce. Kiedy w 1983 roku wyruszałem na misje na Czarny Ląd, o prześladowaniach chrześcijan na tym kontynencie nie było specjalnie słychać. Wyjątkiem była Afryka Północna – Egipt, Erytrea czy inne kraje Maghrebu. Obecnie lista krajów afrykańskich, gdzie prześladuje się chrześcijan, jest dość długa. Prześladowania te mają dwa źródła – prześladują chrześcijan z jednej strony same państwa, a z drugiej – grupy wojowniczo nastawionych muzułmanów, które kontrolują obecnie ogromne obszary kontynentu. To już nie tylko Erytrea czy Egipt, ale też Etiopia, gdzie giną księża i chrześcijanie świeccy, a także Nigeria czy Burkina Faso. Co do tego ostatniego kraju, pamiętam, jak kiedyś mój przyjaciel, który pisał o nim doktorat, zachwalał tamtejsze warunki pracy misyjnej. Opowiadał, że z innymi chrześcijanami odwiedzał muzułmanów w ich domach, współpracowali i odnosili się do siebie życzliwie. Obecnie chrześcijanin boi się udać do muzułmańskiej wioski. Tak daleko poszła w ostatnich latach radykalizacja tamtejszego islamu. Co ciekawe, narzędziem tej radykalizacji w wielu miejscach staje się internet. Radykałowie islamscy docierają ze swoim przekazem do szerokich mas ludzi i wpływają na ich zachowania. Gdy parę lat temu mieliśmy do czynienia z powstaniem ISIS, okazywało się, że przedstawiciele tak zwanego Państwa Islamskiego już wówczas kontaktowali się ze swoimi współpracownikami z Mali czy Burkina Faso, by i tam zaszczepiać swoje fundamentalistyczne idee, a w dalszej kolejności rozszerzyć tam swój kalifat. Wydawałoby się to dawniej niemożliwe, ale obecne technologie czynią to wszystko czymś realnym. Widać to także po działaniach Boko Haram. Znamienny jest w tym względzie również przykład Filipin, gdzie wzrasta podobnego rodzaju fundamentalizm. Podsumowując, można powiedzieć, że prześladowania chrześcijan przybierają na sile i dotykają coraz większą liczbę narodów i państw.

Czy libański model kohabitacji z islamem wciąż jest atrakcyjnym wzorem dla Europy?
Na pewno przykład Libanu pokazuje, że współistnienie chrześcijaństwa i islamu w jednym kraju jest możliwe. Współpraca między wieloma chrześcijanami i muzułmanami w Libanie doprowadziła do pokoju i zażegnania kryzysu. Warunkiem pokojowej koegzystencji jest zawsze to, by żadna z grup religijnych nie ulegała politycznej manipulacji. Wielcy tego świata tylko czekają, by wszczynając spory, wykorzystywać jednych przeciwko drugim. Na to trzeba uważać i przed tym się bronić. Polityczne wykorzystywanie różnic religijnych widać, niestety, także w Europie. W praktyce wygląda to tak, że pragnie się stworzyć wszystkim równe warunki rozwoju itd., co jest prawdziwe i słuszne, ale prowadzi nierzadko do faworyzowania mniejszości kosztem lekceważenia i ataków na chrześcijan i chrześcijaństwo. Przykładem są ataki na kościoły i duchownych we Francji; ich sprawcy czują się bezkarni. Ekstremiści islamscy wiedzą, że roztoczony jest nad nimi parasol ochronny państwa oraz instytucji międzynarodowych. Jest to bardzo niebezpieczne i może źle się skończyć dla krajów Europy Zachodniej, zwłaszcza dla Francji. Niektórzy obawiają się nawet wojny domowej w tym kraju. Całe napięcie związane z radykalizmem wśród migrantów muzułmańskich w Europie wzrosło jeszcze bardziej z powodu pandemii. Kryzys ekonomiczny i wzrost bezrobocia w tym czasie stały się podatnym gruntem dla radykalnych postaw wśród imigrantów. W Niemczech doszedł do tego problem wciąż żywego antysemityzmu, o czym mało się mówi, ale jest to faktem. Dziennie dochodzi do około sześciu aktów skierowanych przeciwko Żydom. Dlatego na terenie Niemiec synagogi i ośrodki kultury żydowskiej są ściśle chronione. Wszystko to świadczy o tym, że we współczesnej Europie napięcia na tle religijnym wcale nie są przeszłością.

Jakie owoce dla życia chrześcijan na Bliskim Wschodzie przyniosła (może jeszcze przynieść) deklaracja z Abu Dabi?
Czy przyniosła, to trudno powiedzieć, ale mam głęboką nadzieję, że jeszcze przyniesie. Warto jednak pamiętać, że aby ten dokument faktycznie zafunkcjonował, musi zostać przyjęty nie tylko przez społeczność katolicką, ale także przez muzułmańską. Ze strony katolickiej sprawa jest prosta, ponieważ katolicy z definicji uznają władzę papieża. Nawet jeśli mają osobiste wątpliwości, to zasadniczo przyjmują to, co podpisał papież. Po stronie islamu nie ma analogicznej instytucji. Islam jest znacznie bardziej podzielony i zróżnicowany, dlatego podpis jednego duchowego lidera nie oznacza bynajmniej akceptacji ze strony całej społeczności muzułmańskiej Bliskiego Wschodu. Nie chodzi tylko o podział na sunnitów i szyitów, ale o szereg bardziej szczegółowych podziałów, dziesiątki ugrupowań i skomplikowaną sieć interesów politycznych. To, że uniwersytet w Kairze podejmie jakąś decyzję, nie znaczy, że zgodzą się z nią muzułmanie z Iranu czy z Turcji. Liczymy jednak na to, że deklaracja z Abu Dabi będzie przyjęta w poszczególnych krajach i wprowadzana w życie.

Mówi się, że obecne prześladowania chrześcijan są największe w historii chrześcijaństwa. Czy stwierdzenie to jest prawdziwe? Czy można określić je mianem ludobójstwa? Czy reakcja wspólnoty międzynarodowej, w tym Unii Europejskiej, jest wystarczająca?
Jedno jest pewne – mamy do czynienia ze wzrostową tendencją prześladowań chrześcijan na całym świecie. Mówią o tym jasno wszyscy specjaliści z organizacji badających te zagadnienia. Chrześcijanie są najczęściej i najbrutalniej prześladowaną grupą ludzi na świecie. Prześladowania te przybierają rozmaite formy: zabójstwa, porwania, przemoc, ale też decyzje prawne, odbierające chrześcijanom prawo do publicznego wyrażania swoich poglądów. Ten drugi rodzaj prześladowań występuje w krajach nominalnie demokratycznych. Kto obserwuje prawa poszczególnych państw, musi dostrzegać te tendencje. Dąży się do tego, by chrześcijaństwo wyrugować ze sfery publicznego oddziaływania. Tymczasem wolność religijna należy do fundamentalnych praw osoby ludzkiej. Trzeba to powtarzać i o tym przypominać. Wolność religijna jest bardzo ważna dla życia społecznego i budowania jakiegokolwiek sprawiedliwego państwa. Prześladowania tego rodzaju nie są, oczywiście, tak tragiczne, jak dosłowna eksterminacja wierzących w Chrystusa, z którą mamy do czynienia w wielu miejscach świata. Trzeba jednak mieć tego pełny obraz. Jak już wspominałem, reakcje podmiotów państwowych i międzynarodowych w tym względzie nie są wystarczające. Niestety, na Zachodzie podchodzi się do kwestii krwawych prześladowań chrześcijan, choćby na Bliskim Wschodzie czy w Afryce, zbyt powierzchownie.

W kontekście ponawianych deklaracji wojskowych we Francji na temat możliwości wybuchu wojny domowej, czy rzeczywiście grozi nam przeniesienie konfliktu muzułmańsko-chrześcijańskiego do Europy?
Nie można zupełnie wykluczyć tego, że w Europie będziemy mieli w końcu do czynienia z jakąś wojną na tle religijnym. Niepokoi nieudolność rządów w kwestii dialogu z mniejszościami muzułmańskimi w państwach europejskich. Rządzący nie traktują niekiedy poważnie religii tak muzułmańskiej, jak chrześcijańskiej. Naiwna polityka migracyjna spowodowała, że do Europy przyjechało wiele osób, które nie są wcale pozytywnie nastawione do europejskiej kultury, ale chcą tu budować swoje alternatywne społeczeństwo, swoją wspólnotę i może w dalszej perspektywie swoje państwo. Tych ludzi interesuje własna dobra przyszłość, a nie dobro Europy. To będzie wkrótce powodować coraz większe napięcia. Pamiętam szokujące stwierdzenie jezuity, który był doradcą papieży: Jak to możliwe, że we Włoszech ponad 90% imamów nie znało języka włoskiego i nigdy nie było w żadnym włoskim muzeum? Ci ludzie nie poznali nigdy włoskiej kultury, więc czy jest możliwe na dłuższą metę pokojowe współistnienie z nimi? Jeśli nie chcemy się wzajemnie poznać, dowiedzieć się czegoś o miejscu, gdzie żyjemy, to nie rokuje to dobrze na przyszłość. Podobnie jest w Niemczech – bardzo wielu liderów muzułmańskich nie mówi po niemiecku i nie zna w ogóle kultury niemieckiej. Podręcznikami, którymi posługują się muzułmanie w Niemczech, są książki pochodzące z Arabii Saudyjskiej, przepełnione ideami fundamentalistycznymi. Wszystko to sprawia, że między migrantami muzułmańskimi a Europejczykami wyrasta coraz większy mur, co prędzej czy później doprowadzi do konfrontacji. Na dłuższą metę niemożliwe jest funkcjonowanie społeczeństwa, w którym jakieś grupy są od siebie totalnie oddzielone. Historia pokazuje, że to zawsze prowadzi ostatecznie do konfliktu. Dlatego Europa musi zmienić swoje podejście do tych ludzi, a jednocześnie wrócić do wartości chrześcijańskich, do swojej tożsamości. Rządy państw powinny dążyć do integracji i współpracy mniejszości muzułmańskiej z resztą społeczeństwa. Nie chodzi o pełną asymilację, o przerabianie Arabów na Europejczyków. Idzie natomiast o wzajemne poznanie się i o wdrożenie przybyszów do przestrzegania funkcjonujących w europejskim społeczeństwie zasad. Życzliwa współpraca i mądra integracja – oto rozwiązanie, którego jednak nie chcą niektórzy politycy, kierujący się tylko ekonomicznym rachunkiem. Niekiedy chce się – jak w Niemczech – sprowadzić jak najszybciej jak najwięcej migrantów, by dostarczyć gospodarce rąk do pracy. Nikt jednak nie troszczy się później o tych ludzi, którzy czują się wyobcowani, wykorzystani i odrzuceni. Nic dziwnego, że pojawia się w nich wrogość. Dlatego zadaniem chrześcijan jest budować mosty, a nie mury. Zarówno w Europie, jak i na Bliskim Wschodzie chrześcijanie muszą znowu okazać się tymi, którzy wprowadzają pokój.

Jak możemy postrzegać dokonującą się dziś migrację głównie muzułmanów do Europy?
To jak zdobycie terenu wroga poprzez zasiedlenie, najczęściej pokojowe, bez walki. Te setki tysięcy młodych mężczyzn w wieku poborowym, ludzi wychowanych na Bliskim Wschodzie, w Afryce i w Azji, nie dostosują się do naszych europejskich wartości. Oni narzucą nam w ciągu kilku lat swój feudalny i antydemokratyczny porządek, a ci, którzy się nie dostosują, będą prześladowani. Matematyka nie kłamie: każdy z samotnych ma pozostawioną gdzieś rodzinę, którą – korzystając z prawa UE – ściągnie tutaj prędzej czy później, więc liczbę imigrantów należy już teraz pomnożyć razy trzy lub cztery; dzietność muzułmańskich rodzin z tamtego obszaru to od trojga dzieci w górę, jeśli zatem mamy teraz milion muzułmańskich małżeństw w Europie, to za 20 lat będzie ich trzy razy więcej.
I jeszcze jedna sprawa: ci uchodźcy twierdzą, że za przejazd do Europy płacą po kilka tysięcy dolarów. Skąd ci biedni ludzie na to mają? Odwróćmy pytanie: kto im na to daje? A jeśli tak, jest to zaplanowana, gigantyczna akcja kolonizacji Europy.

Zapewne nie jesteśmy sami bez winy.
To prawda. Kard. Robert Sarah jeszcze jako prefekt Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów po powrocie z Francji w 2016 roku powiedział niepokojące słowa: „Zachód umiera”. Wiele rzeczy – jego zdaniem – wskazuje na jej obumieranie. „Nie rodzą się dzieci. (...) dla Europejczyków liczą się dziś tylko pieniądze i technika. Najbardziej niepokoi mnie to, że Europa nie uświadamia już sobie, skąd pochodzi. Straciła własne korzenie, a drzewo bez korzeni obumiera” – powiedział kard. Sarah. Przyznał też, że zależy mu na umocnieniu i konsolidacji wiary w ludziach. Bo dzięki wierze odnajduje się Boga, a wraz z Nim pewną orientację w życiu, pewne prawa i chrześcijańskie wartości.

Jak mamy bronić chrześcijan na Bliskim Wschodzie, skoro tracimy ich w Europie?
Dopowiedziałbym do pytania: skoro zamykamy kościoły katolickie, a budujemy meczety? Kard. Gerhard L. Müller, były prefekt Kongregacji Nauki Wiary, w rozmowie z „Il Foglio” w 2017 roku nazwał europejską katastrofę chrześcijan „wymuszoną dechrystianizacją”. Uznał, że cała Europa przeżywa proces „wymuszonej dechrystianizacji, dalece wykraczający poza prostą sekularyzację”. W ocenie Kardynała doszło do „dechrystianizacji całego antropologicznego fundamentu”, na którym powstała nasza cywilizacja. Człowieka „definiuje się dziś bez żadnego odniesienia do Boga i transcendencji”. „Upadły wszystkie elementy żywej wiary i pobożności ludowej.”
Wniosek: męczennicy chrześcijańscy na Bliskim Wschodzie, a także w Azji i Afryce uczą nas świadectwa wierności Chrystusowi, tak jak to czynili w pierwszych wiekach. Krew Chrystusa powinna i dzisiaj być posiewem wzrostu chrześcijaństwa.


PASTORES 92 (3) Lato 2021


Pastores poleca