Drodzy Czytelnicy!

Bieżący numer kwartalnika nosi tytuł: „Być bliżej ludzi”. Tak w skrócie brzmi jeden z postulatów adresowanych do pasterzy Kościoła, by w tym kierunku kształtowali swą tożsamość i działania. Wbrew pozorom nie jest to łatwe wyzwanie, gdyż obejmuje ono kilka płaszczyzn.

„Późno Cię umiłowałem, Piękności tak dawna a nowa, późno Cię umiłowałem. W głębi duszy byłaś, a ja się błąkałem po bez­drożach i tam Ciebie szukałem, biegnąc bezładnie ku rzeczom pięknym, które stworzyłaś. Ze mną byłaś, a ja nie byłem z Tobą.”

(…)Ks. Józef Krawiec (rocznik święceń 1990), kapłan diecezji opolskiej. Na pierwszej parafii w Kluczborku jako wikariusz został kapelanem tamtejszego więzienia. „Ja pochodzę z wioski i myślałem, że po prostu zostanę proboszczem na wsi, będę zwy­kłym duszpasterzem” – mówi.

(…) Niestety, od czasów baroku i potem oświecenia, w religijności niektórych krajów ciągnie się niedobry schemat. Wiara jest czę­sto pojmowana na sposób sentymentalny, subiektywny, a rozum stał się sceptyczny. Stąd rodzi się tendencja do wiązania wiary z osobistymi i zbiorowymi przeżyciami, przy równoczesnym jakby braniu jej w nawias wtedy, gdy podejmuje się poważną intelektualną refleksję. Sądzi się wówczas, że rozumowi nie wy­pada przyjąć tajemnicy, i dlatego często przemawia się do ludzi wykształconych na poziomie autonomicznego rozumu, co naj­wyżej w nadziei, że zostaną przekonani do wiary, a wiarę maso­wą podtrzymuje się przez liturgiczne i pozaliturgiczne happe­ningi.

(…) W relacjach ksiądz-świecki trzeba zwrócić uwagę na fakt, że niepotrzebny dystans bywa tworzony przez świeckich, którzy nierzadko w patrzeniu na księży kierują się stereotypami. Niektórzy w obecności księdza czują się skrępowani, nie wiedzą, o czym rozmawiać, albo wyobrażają sobie, że z księdzem wypada rozprawiać jedynie o Panu Bogu.

(…) Z punktu widzenia teorii organizacji i zarządzania Kościół to korporacja, która osiągnęła w swej dwudziestowiecznej historii niebywały sukces, nieporównywalny z wynikami jakiejkolwiek innej organizacji. Nikt, kto nie trwa in medio Ecclesiae, nie może uwierzyć, że stoi za tym nie korporacyjna bezwzględność i ma­fijna solidarność, a raczej Duch Święty, który działa pomimo ludzkiej słabości pasterzy i owiec, a także poprzez tę słabość, działa pomimo rozwiązywania problemów metodą prób i błędów, żółwiego tempa docierania do optymalnych i wydolnych insty­tucji i mechanizmów działania.

(…)Chrystus przez swoje paschalne misterium śmierci i zmar­twychwstania nie tylko dokonuje naszego pojednania z Bogiem, ale również pokonuje bariery oddzielające nas nawzajem od siebie. Patrząc na historię zbawienia poświadczoną na kartach Pisma Świętego, widzimy, że grzech zawsze oddziela ludzi od siebie.

(…) Jest pokusa, by wszystko zaplanować, „zaszczepić się” na wszystkie możliwe trudne sytuacje, zabezpieczyć w razie różnych konsekwencji. Nazywamy to roztropnością, jeśli chodzi o sferę zdrowia, pieniędzy, kariery. Gorzej, gdy dokładnie tak samo działamy w relacjach, wobec nowo poznawanych ludzi, na przy­kład na nowej placówce, w nowej wspólnocie czy szkole.

(…) To prawda, że możemy zmieniać swoje myślenie, zmieniać sposób definiowania wszystkiego, jak nam się żywnie podoba. Niektóre z tych redefinicji są możliwe – na przykład możemy penalizować albo depenalizować wiele rzeczy, w tym stosunki homoseksualne. Ale pewne zmiany definicji nie są możliwe.

Z PAWŁEM BĘBENKIEM, kompozytorem, śpiewakiem i chórmistrzem, rozmawia Anna M. Faszczowa.

Jak ma wyglądać zaangażowanie celebransa w ak­tywne uczestnictwo wszystkich członków liturgii, także w śpiewie? Przecież ksiądz nie może w tej kwe­stii umyć rąk, bo to on odpowiada za całość liturgii. A wydaje się, że często gubimy jej piękno.

Z KS. PIOTREM MAZURKIEWICZEM, profesorem ka­tolickiej nauki społecznej, rozmawia ks. Przemysław Śliwiński.

Jak rozpoznać, czy mamy do czynienia z uchodźcami, czy z migrantami?

(…) Najtrudniej jest w ogóle zacząć modlić się w ciszy. Choć może jeszcze trudniej – wytrwać w tym postanowieniu... Od razu pię­trzą się trudności: brak czasu (choć to nieprawda), brak moty­wacji, brak owoców („co mi to da?”, „tracę tylko czas”) itp.

(…) W Ewangeliach gest dotyku stał się w spotkaniach Jezusa z ludźmi wyjątkowym „słowem”, które przywraca właściwy po­rządek ludzkiemu sercu i światu. Znamienne jest to, że w Ewan­geliach słowo „dotykać” występuje w kontekście zmagania się z chorobą, lękiem czy śmiercią.

(…)Niech honorowe tytuły, jakimi jesteśmy nazywani – „Emi­nencja”, „Ekscelencja” – nie pozwolą nam zapomnieć, że kiedy celebrujemy Eucharystię, my sami, w pierwszej osobie liczby pojedynczej, wyznajemy: „niegodny sługa”. Oczywiście, kiedy jesteśmy biskupami, ci, którzy są wokół nas, chcą nam usługiwać.

(…) Kolejne pokolenia Polaków, aż do czasów stanu wojennego, szukały w chwilach najtrudniejszych pomocy pasterzy. Kapelani „Solidarności” docierali zatem do internowanych, jak ks. Jan Sikorski do więźniów Białołęki. Sami internowani żądali kontak­tu z kapłanem, prawa do udziału we Mszy świętej, jak ci opisani niedawno przez prof. Wojciecha Polaka i dr Sylwię Galij-Skarbińską z Potulic. Tak wspominał pasterkę 1981 roku Stanisław Wajsgerber: „Po raz pierwszy wszyscy razem byliśmy w korytarzu więziennym. Wspólnie mogliśmy się modlić i chwilę z sobą po­rozmawiać, złożyć życzenia. Ksiądz mówił podczas kazania o dobrej nowinie, o narodzeniu Chrystusa, który zwycięża zło, który przynosi światu pokój i wolność.

Już sam tytuł encykliki papieża Franciszka Laudato si’, po­święconej „trosce o wspólny dom”, przywiódł mi na pamięć jedną z ostatnich moich lektur, jaką była książka kanadyjsko­-amerykańskiego architekta o polskich korzeniach pt. Dom. Krótka historia idei.

(…) Do takiej – w pewnym sensie – nowej homilii trzeba się nie­co inaczej przygotować niż dotychczas. Homilia nie jest (tylko) wyjaśnieniem czy pouczeniem. „Homilię można poniekąd przy­równać do rozdawania wiernym Ciała i Krwi Pana w trakcie obrzędu Komunii.

(…) Ponieważ księża przecho­dzą na emeryturę, umierają przedwcześnie czy są chorzy, musimy się też posiłkować w sposób twórczy innymi siłami kościelnymi. W strukturze Chemin Neuf jest klerycki instytut zakonny, dzia­łający na prawach papieskich, grupujący księży. Pracując w po­wierzonych im placówkach parafialnych, działają jak duchowień­stwo zakonne powołane do prowadzenia parafii. Ci duszpasterze inkardynowani są do instytutu kleryckiego Chemin Neuf, który ma odrębną formację.

(…) Po kilku miesiącach pobytu w parafii usłyszałem z ust jego mamy szokującą wiadomość: „Grzegorz ma raka wątroby”. Od razu pojawiła się w mojej głowie myśl, że mam jako kapłan sta­nąć przy tym chłopcu i jego rodzinie. Wspólny wyjazd do Sank­tuarium Maryjnego w Jodłówce, nasza gorąca modlitwa oraz jego oczy wpatrzone w cudowny obraz Matki Bożej Pocieszenia. A potem działania prowadzące do przeszczepu, udana operacja, a następnie 12 lat zmagań z różnymi komplikacjami, z których Grzegorz wychodził zawsze zwycięsko poprzez swoje heroiczne zaufanie i modlitwę wspólnoty.

(…) Dwa lata temu miałem razem z kolegą kursowym okazję posługi w Raciborzu wśród głuchoniemych dzieci i młodzieży przygotowujących się do pierwszej Komunii świętej i sakramentu bierz­mowania. Wymowna była ich, wydawałoby się, naiwna uległość względem tego, czego słuchali o Bogu.

(…) To dziwne, jak nasze myśli koncentrują się na materialnych szczegółach, żeby uporać się z tym, z czym nie sposób się uporać. Kiedy nie ogarniamy prawdy, próbujemy ogarnąć fakty. Minia­turyzujemy, znajdujemy jakiś mały obiektywny odpowiednik nieogarnionego, olbrzymiego, subiektywnego uczucia. Tym ra­zem było to krzesło, na którym siedziałem, kiedy lekarz wyszedł z gabinetu tomografii komputerowej z wynikami badań, podczas gdy żona została z córką.

(…) Na onkologii odkrywałem istotę towarzyszenia dzieciom i ich rodzicom w czasie choroby i leczenia. Tam po raz pierwszy do­świadczyłem śmierci dziecka, a później kolejnych zgonów dzieci, nieraz trzymając je za ręce w chwili śmierci.

(…) Poznałam mojego obecnego męża. Zasadniczo tak samo po­szukiwał jak ja, tak samo wątpił. Uważaliśmy, że nie jesteśmy dość dobrzy, by być wierzącymi ludźmi (sic!).

Samo poznanie mojego męża jeszcze niczego nie zmieniło.

(…) Przy całym tym zaangażowaniu na rzecz ubogich napotykam przeróżne trudności, które w jakiś sposób prowadzą do mniej­szych czy większych kryzysów. Kryzysy zewnętrzne powodowane przez innych i różne trudne sytuacje prawie zawsze przynoszą ostatecznie dobre owoce, bo oczyszczają i sprowadzają mnie na ziemię. Znacznie trudniej z kryzysami wewnętrznymi, które przychodzą przez mój brak wiary, małoduszność i grzeszność. Jedyną pomocą dla mnie pozostaje spowiedź i Boże miłosierdzie.

Szanowna Redakcjo!

Chciałabym podzielić się kilkoma swoimi spostrzeżeniami na temat obecności księży w internetowym serwisie społecznościo­wym, jakim jest Facebook (FB). Z racji studiów odbytych na katolickiej uczelni mam radość mieć wśród znajomych i przyja­ciół grono księży.

„Czasem ktoś bardzo dużo wie, ale nie wie, o co chodzi” – ostrzega ksiądz-poeta w kontekście rozważań o miłości. Tomik zawiera, w większości dotąd niepublikowane, fragmenty homilii wygłoszonych w latach 1966-2002 w kościele sióstr wizytek w Warszawie. Duchowny, sługa Bożego słowa i wnikliwy obser­wator rzeczywistości, zauważa i przestrzega, że dusza człowieka, który nie kocha, staje się w końcu „zimna, z biegiem czasu niko­mu niepotrzebna”.

Jednym z tematów najbardziej fascynujących dla historyków i badaczy liturgii jest geneza i historia modlitwy eucharystycznej. Dawniej dość naiwnie wyobrażano sobie, że Apostołowie podczas pierwszych Eucharystii ograniczali się do prostego powtórzenia samych konsekracyjnych słów Jezusa („To jest Ciało moje”, „To jest Krew moja”), a potem ich następcy, dla nadania większego splendoru sprawowanej liturgii, zaczęli stopniowo obudowywać konsekrację innymi modlitwami.

Kiedy czytam tę książkę, uświadamiam sobie, że między mo­dlitwą tego dominikanina a moją modlitwą jest odległość ogrom­na, a ta książka wcale jej nie pomniejszy. I cieszę się, że tak jest. Bo tam, dokąd zmierzamy, przygotowano wiele mieszkań.

W obecnym czasie słowo „sobór” w potocznym użyciu oznacza po prostu Sobór Watykański II, który dla niektórych stał się wręcz jedynym punktem odniesienia. Tymczasem w historii Kościoła szczególnie istotne były sobory pierwszego tysiąclecia, na których wykluwał się niejako dogmat chrześcijański.

W każdym czasie pojawiają się w Kościele nowi święci. S. Róża Wanda Niewęgłowska, tercjarka III zakonu dominikańskiego, żyła 61 lat, z czego 40 przecierpiała. W 22. roku życia zachoro­wała na Heinego-Medina i znalazła się w szpitalu. Przeszła wie­le operacji, miała kilka poważnych chorób, przebywała w sana­toriach, a mimo to jej zdrowie nie uległo poprawie.

Requiem aeternam kojarzymy najczęściej ze śmiercią i smut­kiem. Większość z nas słyszała choćby fragmenty Requiem Mo­zarta i jeśli nawet nie pamiętamy nazwiska kompozytora, to z pewnością rozpoznajemy niepowtarzalne dźwięki tego dzieła. Zupełnie inaczej jest z muzyką współczesną, po którą z trudem a może nawet z lękiem sięgamy, obawiając się, że to nie dla nas. Wówczas jednak, niestety, wiele tracimy.

31 października 2014 roku odbyła się w Krakowie polska premiera wyjątkowego Requiem Pawła Łukaszewskiego. Obecny był sam autor dzieła. Jakże wielkie było moje zdziwienie, kiedy po koncercie – podczas rozmowy z jednym ze znajomych muzy­ków grających w orkiestrze – usłyszałem pytanie: „Kto to jest Paweł Łukaszewski?”. To pytanie nie tyle mnie rozbawiło, ile raczej zasmuciło. Trudno się jednak dziwić, skoro Requiem zo­stało zamówione u prof. Łukaszewskiego w Walii, gdzie miała miejsce premiera (w wersji kameralnej) dzieła. Chwała Bogu, że utwór w ogóle został zamówiony i że możemy piękna tych dźwię­ków doświadczyć, choć żyjąc w kraju Chopina, Kilara, Góreckie­go, chciałoby się słyszeć, że w Polsce docenia się polskich artystów za życia. A mamy na to wpływ, chociażby interesując się tą mu­zyką.

Dziesięcioczęściowy utwór, trwający około 55 minut, został skomponowany na sopran, baryton, chór i orkiestrę (kameralną bądź symfoniczną) i jest zupełnie niezwykły: nie tylko z powodu niepowtarzalnej i na całym świecie rozpoznawalnej jakości warsztatu kompozytorskiego autora, ale przede wszystkim z uwa­gi na sposób, w jaki traktuje on dźwięki, a właściwie to, co jest między nutami.

Każda z dziesięciu części Requiem wyjątkowość brzmienia zawdzięcza między innymi temu, że autor – jak sam wspomina – zadedykował je bliskim mu osobom, które właśnie w trakcie komponowania Bóg postanowił zabierać do Siebie. A byli wśród nich m.in.: Wojciech Kilar, John Tavener, kard. Józef Glemp, Wiesława Krodkiewska, Otto Stock.

Paweł Łukaszewski, pisząc muzykę sakralną, bardzo często korzysta z oryginalnych tekstów liturgicznych. Również w Re­quiem usłyszymy w kolejnych częściach łacinę i grekę.

Piękne i bardzo czytelne jest to, że twórca niezwykle świado­mie używa języka muzycznego, by podkreślić treść kolejnych fragmentów a nawet słów, dlatego kiedy w Introicie pojawia się fragment Lux perpetua luceat eis, słuchacz wyraźnie odczuje blask światłości! Pięknie w tym dziele wybrzmiewają również pełne zaufania fragmenty Psalmu 23 (Dominus regit me) śpie­wane przez baryton solo z towarzyszeniem orkiestry.

Natomiast kulminacją i sensem całości utworu jest bardzo trafna i świadoma decyzja kompozytora o zamianie sekwencji Dies irae na fragment Alleluja. Podczas gdy Mozart wprowadza nas swoim pomysłem na brzmienie sekwencji w – delikatnie ujmując – niepokój, Paweł Łukaszewski cytuje pełen pokoju a jednocześnie wiary i dostojeństwa brzmieniowego fragment z Ewangelii według św. Jana 11,25: „Ja jestem zmartwychwsta­niem i życiem. Kto we Mnie wierzy, to choćby umarł, żyć będzie”. Jakże pełne życiodajnej nadziei są słowa słyszane w tym frag­mencie!

Każdy fragment Requiem można by z przyjemnością analizo­wać i szczegółowo opisywać. Od samego początku kompozytor wprowadza słuchacza w przestrzeń poza czasem, świadomie używając środków muzycznych do wydobycia przesłania płyną­cego z treści Słowa i nie po to – jak to się często obecnie robi – aby zmanipulować słuchacza bądź odnieść sukces, ale po to, by dać nadzieję. W Requiem aeternam Łukaszewskiego w każdej nucie, pauzie i tym, co poza nimi, usłyszymy świadectwo wiary autora.

Niech słowa samego twórcy o dziele: „Moje Requiem jest próbą przybliżenia największej tajemnicy naszej wiary” będą również dla wykonawców motywacją, ażeby słuchacze na całym świecie mogli doświadczyć piękna tego dzieła, którego źródło jest w Chrystusie.

Copyright: Wydawnictwo BERNARDINUM Sp. z o.o.